imprezowy weekend 2012-05-21 14:50:01

ufff... wreszcie poniedziałek.
Można w końcu w ciszy i spokoju usiąść sobie napić się kawy i przeczytać co się dzieje na świecie.
w weekend nie było kiedy.
piątek wieczorem impreza urodzinowa numer jeden.
w sobotę o 10.00 urodziny łączone naszego Franka i syna sąsiada. Było jakieś 40 dzieci. Chyba bo ani razu niedoliczyłem się wszystkim - za szybko się przemieszczały.
Impreza u nas zakończyła się o 14, a o 15 już kolejne urodziny u kolejnego sąsiada.
I tak do wieczora.
Dzieciaki były wniebowzięte - my padnięci.
Ale żeby nie było że dla nas nic. o 20 zrobiliśmy sobie sąsiedzkie "after party" tak do 2 w nocy chyba.
Dzieciaki padły o 22 ale na szczęście do domu nie było daleko i jakoś udało się nam je z powrotem przytargać.
Niedziela zaczęła się niewinnie. Kawą na skompanym w słońcu tarasie. Wymyśliliśmy sobie że na obiad zrobimy grilla. I w ciszy i spokoju spędzimy ten dzień.
Nie dało rady.
Zanieśliśmy resztki tortu do sąsiada i na tym spokój się skończył. Piwo, spacer, festyn dla dzieciaków..
Wreszcie wróciliśmy do domu zrobić tego grilla ale wtedy było już nas kilkanaście osób. Na szczęście po drodze zrobiliśmy sąsiedzkie zakupy i jakoś to poszło. Skończyło się spokojnie po 20 graniem na gitarze i akordeonie.. Przecież kolejnego dnia trzeba rano wstać.
Zmęczony jestem dzisiaj na maksa. jedyne co oglądałem w weekend w TV to finał ligi mistrzów - i ok.
Pogoda była tak piękna, że grzech było tego nie wykorzystać - no i wykorzystlaiśmy :)
a dzisiaj wracam i wskakuję z córcią do naszego ogrodowego basenu.
fajnie :)

skomentuj (0)

piłka 2012-05-15 08:03:39

Śnił mi się koszmar.
Że biegam po opustoszałym mieście, ulicami którymi hula tylko wiatr porywając jakieś zagubione kartki i tarmosząc firanki w oknach.
Biegam i z paniką w oczach szukam telewizora.
I nic.
Zero.
Dupa zbita.
A wszystko dzieje się 8 czerwca 2012 roku w okolicach godziny 18.00.
Dla tych szczęśliwców którzy nie wiedzą co to za data podpowiadam, że właśnie wtedy swoje miejsce będzie miał mecz otwarcia Euro 2012: Polska-Grecja.
A więc cóż... zaczyna się...
Syndrom niedopieszczonego od zawsze kibica. Kibica ze skłonnościami masochistycznymi.... ech...
Jakiekolwiek umawianie się, organizowane spotkań itd uzależnione jest czy chce tego czy nie od tej właśnie daty.
Tego dnia i o tej godzinie mnie nie ma. Dla nikogo (nie wliczając oczywiście innych zagorzałych kibiców i telewizora rzecz jasna)
No tak już mam - co zrobić.
Najpierw obowiązek, przyjemność później.
A potem śnią mi się takie właśnie koszmary.. że i tak nie obejrzę, że i tak nie zdążę, nie zobaczę.
Pewnie jutro przyśni mi się że w momencie pierwszego gwizdka wyłączają prąd albo coś innego w tym stylu.
Tak bardzo chciałbym być poza tym wszystkim. Nie przeżywać, nie denerwować się, nie wierzyć.
Ale nie da się. Nie da i już!
I trzeba będzie przez to jakoś przejść. Z godnością.
A będzie ciężko.
Zacisnąć zęby i przez to przejść
Pomimo wszystko.
Strach jest... nie ukrywam.

A tak swoją drogą... ostatnio oglądałem mecz Manchester City-QPR. Ta dramaturgia, zwroty akcji, nieprawdopobny finał..
Tego nie wymyśliłby nawet najlepszy scenarzysta..
No bo jak można przegrywać do 91 minuty i jednak wygrać?
Jakie to uczucie strzelić dwie decydujące bramki na sekundy przed końcem wiedząc, mając tą świadomość, że od tego zależy pierwszy od ponad 30 lat tytuł mistrza kraju?
Taka właśnie jest piłka. Nieobliczalna.
I dlatego będę oglądać, kibicować, zagrzewać naszych do walki.
Pomimo wszystko.
Inaczej nie potrafię.
Co zrobić.

skomentuj (0)

Bo w życiu trochę fantazji zawsze się przydaje.. 2012-05-10 08:05:23

 Wczoraj wziąłem sobie dzień wolnego w związku ze spotkaniem jakie mieliśmy u nas „na wsi”. Spotkanie dotyczyło bezpiecznego wyjazdu z naszej osiedlowej drogi na drogę wojewódzką.
 Teraz w miejscu gdzie powinien być rów właściciel przydrożnego sklepu zrobił parking i mało co widać jak się wyjeżdża.
 Sąsiedzi stawili się tłumnie – co budujące - bo nie ma to jak lokalna społeczność. Z samego spotkania na którym były wszystkie zainteresowane strony plus przedstawiciele gminy i zarządu dróg wynikło wg mnie niewiele. No ale zobaczymy.
Po spotkaniu tak koło 13 padła sąsiedzka propozycja, że jeżeli już sobie pobrali wszyscy wolne albo pozwalniali się z pracy, a jest tak piękna pogoda i młoda godzina to może piwko jakieś – takie środkowo-tygodniowe.. :)
Oczywiście każdy podchwycił rzuconą propozycję ale jak to w życiu, korzystając z wolnego czasu ten musi do sklepu, ten coś w domu zrobić, tamta dzieci odebrać itd.
Nic to – nie pierwsza to okazja i na pewno nie ostatnia – zresztą.. po całotygodniowym alkoholizowaniu się w długi weekend majowy miałem już dość.
Stanęło na tym, że wróciłem do domu i zacząłem coś tam sobie robić, jakieś deski przycinać itp.. nic wielkiego.
I nagle przyszedł mi do głowy pomysł, że może wreszcie zacznę sezon pontonowy. Pogoda była ok., ponton napompowałem po zimie jeszcze tydzień temu, silnik świeżo po przeglądzie.. Długo nie myśląc zadzwoniłem po jednego z sąsiadów i z jego synem poszliśmy sobie popływać.
A że musiałem jeszcze odebrać Franka ze szkoły, a szkoła leży też nad wodą tak jak moja działka… no cóż.. dużo nie myśląc podpłyneliśmy pod szkołę, poszedłem po Franka, który akurat bawił się z całą masą dzieciaków na placu zabaw tuż przy wodzie. Odebrałem go grzecznie, zapytał gdzie samochód, a ja na to że dzisiaj do domu wraca wodą..
Był zachwycony :))
A te wszystkie dzieciaki, które machały mu gdy odpływaliśmy.. jak one musiały mu zazdrościć J
Fajnie…
tak... to był super pomysł.
Trochę fantazji w życiu zawsze się przydaje.

skomentuj (1)

Długi weekend 2012-05-07 11:17:02

Po tygodniu nie chodzenia do pracy czas wrócić do rzeczywistości. Do komputera, koszuli, korków, telefonów itd.
A była tak fajnie. Taka pogoda i taki fajny czas.
Pracowałem sobie jako stolarz bo kupiłem nowe zabawki do domu (piłę stołową, szlifierkę, wkrętarkę) i jestem z siebie dumny bo wyszła mi fajna ława i stół. I dopiero dzisiaj wychodzi ze mnie całe to zmęczenie fizyczne – ale jest ok.
Prawie co wieczór impreza u nas lub sąsiadów i tak to przeleciało.
Dzieciaki wniebowzięte.
Franek wyrobił z nawiązką sąsiedzkie wizyty za cały rok już chyba. Kiedy wczoraj po tygodniu w którym w domu pojawiał się jedynie na kolacje w końcu go ściągnąłem do któregoś tam sąsiada rozpłakał się i powiedział że to przecież jest dopiero 19.00 że on jeszcze może gdzie pojechać… wrr… trafiło mi się cygańskie dziecko - co zrobić.
Hanka przez te wszystkie dni biegała boso po trawie bawiąc się w przeróżne zabawy wymyślone przez siebie, a Jasiek non stop grał w piłkę.. ;))
I tak od rana do wieczora.
Praktycznie zero telewizji, Internetu – fajnie.. :))

skomentuj (0)

krokusy 2012-04-23 10:43:50

w ostatnią sobotę o 2 w nocy ściągneliśmy dzieciaki z łóżek, zapakowaliśmy do samochodu i pojechaliśmy oglądać kwitnące w tatrach krokusy.
a co!!!!
na miejscu byliśmy koło 7.00. ludzi nie była jeszcze wcale, a wcale
chłopaki na nogach, Hania w wózku (który ledwo ledwo dotargałem do schroniska – jeżdzenie spacerówką po mokrym śniegu nie należy do najłatwiejszych – ale przynajmniej dzięki temu fajnie się zmęczyłem)
i widoki były absolutnie niesamowite.. moje kochane tatry, polana chochołowska cała w krokusowym fiolecie.. i był deszcz, i śnieg, i słońce i super śniadanie w schronisku i ogólnie super.
wracając w dół mijały nas dzikie tłumy. I opłacało się zerwać w środku nocy i jechać te 400 km.
a potem żeby za szybko nie wracać do domu – Kraków. i plac zabaw, i pizza, i lody, i sałatki, i wino, i piwo, i puszczanie baniek mydlanych, i muzeum, i włóczenie się po mieście, i spanie w wygodnych łóżkach z widokiem na Wawel, i śniadanie na skąpanym słońcem Kazimierzu itd. Itd.. dla każdego coś dobrego.
patrzyłem też sobie na krakowski maraton. Jak ludzie biegną szcześliwy wśród klaskających im tłumów. I zazdrościłem im bardzo mocno. I postanowiłem że za rok też pobiegnę !!!
bo trzeba mieć marzenia, trzeba za nimi gonić, trzeba robic wszystko żeby je spełnić
w domu byliśmy koło 20.00 w niedzielę
to był super weekend !!! :))

skomentuj (0)

(...) 2012-04-19 10:34:10

"Masz w kieszeni pistolet czy po prostu cieszysz się, że mnie widzisz?"

Mae West

skomentuj (0)

deja-vu 2012-04-13 18:58:54

czasami zdarzają się w życiu takie chwile, sytuacje, zdarzenia których za nic nie potrafię wyjaśnić w sposób racjonalny.
wczoraj po pracy czekałem w samochodzie na skrzyżowaniu na drodze podporządkowanej żeby włączyć się do ruchu. Samochodów było naprawdę sporo czekałem więc długo.
Nagle między jednym a drugim samochodem minął mnie na rowerze mega wyczesany koleś. Cały na czarno. W czarnych spodniach, koszulce, kurtce, glanach. Z czarną bródką i z czarnymi włosami. Siedział na takim a la holenderskim rowerze (czarnym) z obniżoną ramą i uśmiechał się przy tym.. no właśnie.. jak to opisać.. uśmiechał się szyderczo, rozglądając się bezczelnie (właśnie tak: bezczelnie!) dookoła. Widok był naprawdę niesamowity..
Obserwowałem go przez jakiś czas ciągle czekając w samochodzie na możliwość włączenia sie do ruchu.
W końcu koleś sobie pojechał gdzieś tam.
Nie minęło.. nie wiem.. 20 sekund, kiedy zrobiła się mała przerwa między jadącymi ciągle samochodami i już chciałem wyjechać kiedy nagle...
No właśnie.. tak jakby ktoś cofnął film o te 20 sekund. Zobaczyłem tego samego kolesia, na tym samym rowerze, który znowu przejeżdżał mi przed nosem uśmiechając się tak samo bezczelnie jak poprzednio..
No i jak to wytłumaczyć?
No jak?
Przecież nie zdążyłby przejechać rowerem całego kwartału ulic w tak krótkim czasie.
Nie wiem..
I chyba dobrze że nie wiem.
Zacząłem się śmiać mega głośno.. Sam do siebie.
Magia jest wśród nas :))

skomentuj (0)

Niedziela Palmowa 2012-04-04 11:47:56

W ostatnią niedzielę zabrałem Hankę i Franka do kościoła poświęcić palmy. Chodzę tam rzadko (może za rzadko?) ale nie o tym dzisiaj.
Akurat tak się złożyło, że stanęliśmy w miejscu gdzie stała już połowa „naszej” ulicy. Dzieciaki więc zajęły się sobą i palmami robiąc z nimi najprzeróżniejsze rzeczy, a my dorośli staraliśmy się chociaż na moment skupić na mszy, podczas krótkich przerw kiedy to nasze dzieci były spokojne i nie trzeba ich było przywoływać do porządku i prosić o spokój.
W takiej oto sielskiej atmosferze msza sobie spokojnie mijała aż do momentu, kiedy ksiądz wyszedł przed ołtarz, zbliżył się do grupki dzieci (na szczęście nie naszych) i oddał im mikrofon prosząc o wypowiedzenie intencji za które mamy się wszyscy pomodlić.
Wymyślane przez dzieci intencje były raczej standardowe:
- Módlmy się za rodziców, za księży, za dziadków, za ministrantów itd. itd.
Po każdej takiej wymówionej intencji ksiądz odpowiadał: „Ciebie prosimy”, a potem cały kościół "Wysłuchaj nas Panie".
Standard prawda? No cóż.. do czasu... :))
W pewnym momencie mikrofon otrzymała jedna dziewczynka i powiedziała:
- A teraz pomódlmy się za wszystkie chore kotki.
Nastąpiła chwila dłuższej ciszy, po której ksiądz chcąc nie chcą zaintonował: Ciebie prosimy...
- Wysłuchaj nas Panie - odpowiedział cały kościół z wieeeeelkim śmiechem.

skomentuj (0)

księżniczka-wróżka 2012-04-03 07:46:03

Moja 3 letnia córcia przechodzi właśnie fazę fascynacji królewnami i wróżkami.
Codziennie wieczorem ubiera się w suknie z falbanami (wczoraj np. założyła dwie na raz) zakłada skrzydła motyla, wkłada dużo za duże baletki, bierze do ręki różdżkę, a we włosy wkłada sobie kwiatek i biega po domu krzycząc na cały głos, że jest księżniczką-wróżką :))
Wygląda to cudownie.
Moja piękna, mała księżniczka-wróżka.
Niech takie chwile trwają jak najdłużej.

skomentuj (0)

wiosna przyszła 2012-03-26 11:11:32

Pierwszy wiosenny weekend za mną.
Korzystając z pięknej słonecznej i wietrznej pogody zabrałem się za pozimowe porządki. A przy okazji wymiana opon, basen, dentysta chłopaków, plac zabaw, jedne urodziny, drugie urodziny, trzecie urodziny itd. itd.
Na nocnym niebie piękny widok – obok siebie rogal księżyca, Jowisz i Wenus. Patrzę, patrzę i napatrzeć się nie mogę.
Tylko to w środku coś co nie daje spokoju. Muszę przez to jakoś przejść. Jak co roku.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Któregoś wieczoru oglądałem z Jaśkiem Fakty na TVN. Jednym z newsów było to, że detektyw Krzysztof Rutkowski został skazany przez sąd na dwa lata za pranie brudnych pieniędzy.
Jasiek słucha, słucha i nagle zadaje mi pytanie: czy to znaczy tato, że jak teraz umyję jakiś banknot pod kranem to pójdę do więzienia?
Ech.. witaj słodka niewiedzo... :)

skomentuj (0)

zaginione smaki 2012-03-20 13:25:30

Dlaczego wszystko to co jadłem kiedyś jako dziecko smakowało mi o niebo lepiej niż teraz?
Dlaczego kiedyś chleb miał swój własny, piękny smak i zapach? Dlaczego teraz smakuje on jak wata pomieszana z trocinami?
Dlaczego kiedyś szynka mogła smakować jak szynka a nie jak rozwodniona parówa?
Dlaczego oranżada już nie ma tego swojego landrynkowo-cukierkowego aromatu?
Dlaczego pomidory mają smak wody opakowanej w czerwoną twardą skórę?
Dlaczego biały ser nie jest już tak piękne tłusty i mięsisty, a masło masłem pozostało chyba jedynie z nazwy?
Dlaczego już nikt nie robi takich zapiekanych ziemniaczków w małej patelni, którą babcia pozostawiała na kilka godzin na rozgrzanych fajerkach pieca?
Dlaczego nigdzie nie mogę znaleźć smaku zsiadłego mleka wystudzonego w lecie na ganku (albo w wiadrze z wodą spuszczonym do studni?
Dlaczego dzisiejsze jabłka, czereśnie, wiśnie nie smakują jak te kradzione od sąsiada?
Itd. Itd..
Gdzie się podziały te wszystkie smaki, zapachy.
Dlaczego znikły? Gdzie się schowały?
Przecież wiemy niby więcej, technologie bardziej zaawansowane, rozwinięte. Bogaci jesteśmy w doświadczenia naszych ojców, matek, dziadków, babć..
Gdzie się to wszystko podziało?
Tęsknię za tym.

skomentuj (0)

Cena sławy 2012-03-16 13:33:10

"Króliczek Til żył krótko, ale dwukrotnie trafił na czołówki gazet i portali. Raz, kiedy wskutek genetycznej anomalii urodził się bez uszu, drugi, kiedy niechcący nadepnął na niego operator kamery jednej ze stacji telewizyjnej.
Najpierw całe Niemcy usłyszały o nim, kiedy przyszedł na świat w małym ZOO w Saksonii. Nie miał uszu, więc wyglądał jak na królika nieco dziwnie, ale wciąż słodko - podobnie do innych małych futrzaków. Wydawało się, że Til, bo takie dostał imię, pójdzie w ślady innych zwierzęcych celebrytów znad Renu: polarnego misia Knuta, czy też przepowiadającej mecze ośmiornicy Paul.
Niestety.
Kiedy dyrekcja ZOO chciała przy pomocy telewizji wywindować sławę króliczka na cały świat, zdarzył się nieszczęśliwy wypadek. Kamerzysta przybyłej na konferencję prasową ekipy, nawet nie zauważył, kiedy szybkie zwierzątko znalazło się pod jego butem. - Nie wiem jak to się stało. Wykonałem krok do tyłu i niechcący nadepnąłem na króliczka - powiedział wyraźnie zakłopotany tabloidowi Bild.
- To była śmierć na miejscu - dodał Uwe Dempewolf, dyrektor ZOO. Króliczek dożył jedynie 17 dni."

skomentuj (0)

bo kosmici są wśród nas... (c.d.) 2012-03-13 10:16:31

- Franek, robię śniadanie. Co chcesz? Do wyboru masz jajka albo naleśniki.
- To ja poproszę parówki.

------------------------------------------------------------------

Bawimy się w zabawę "ty pokazujesz - ja zgaduję co to"
Franek pokazuje i pokazuje, macha rękami, coś tam kreśli w powietrzu, jakieś litery, kształty itd. Po wielu nieudanych próbach i kilku drobnych podpowiedziach z jego strony bliski rezygnacji mówię mu, że to Zoo.
- blisko tato, ale to jednak nie to.
- a co?
- to jest kolorowanka z Zoo.
- aha...

za to Hanka w ramach pokazywania zagadki za każdym razem podnosi swoją małą rączkę do góry i mocno macha. no i nie ważne co powiemy (pieczony kurczak, zepsuta pralka, reaktor atomowy) odpowiedź zawsze jest prawdziwa :))))

skomentuj (0)

Dzień Kobiet 2012-03-08 08:36:52

Niektórzy twierdzą, że to komunistyczny wymysł, że w erze równouprawnienia to święto jest przestarzałe, anachroniczne. Mówią, że jest seksistowskie, obłudne, a nawet głupie.
Ale na szczęście większość facetów ma te opinie gdzieś... :)))
I od kiedy pamiętam, przez wszystkie te lata, właśnie w ten dzień widzę kolejki Panów. Tych młodszych i tych starszych, tych w garniturach i krawatach oraz tych w podartych kurtkach..
Kupujemy kwiaty dla naszych kobiet.
Dla naszych matek, żon, córek, babć. I dla tych wszystkich innych, które z jakiś powodów są nam bliskie.
Kupujemy tulipany, róże, goździki, gerbery, frezje, stokrotki.. wszystko to co można dostać.
I oczywiście te nasze kobiety mają rację, że powinny kwiaty dostawać częściej, że takich dni powinno być więcej.
Nie zmienia to jednak faktu, że ten dzień jest szczególny. Chociażby przez tą naszą komunistyczną tradycję. Jedna z nielicznych dobrych rzeczy jaka pozostała po upadłym na szczęście systemie.
Celebrujmy więc ten dzień. Pełni uśmiechu i życzliwości. To naprawdę kosztuje niewiele.

Dzień Kobiet, Dzień Kobiet, niech każdy się dowie
że dzisiaj jest świeto dziewczynek
Uśmiechy są dla nich, zabawa i taniec
piosenka z radia popłynie

Dzień Kobiet, Dzień Kobiet, niech żyją nam zdrowe
i pani nasza i mama
I woźna, kucharka, przedszkolna lekarka
im wszystkim kwiaty rozdamy.

Wszystkiego co najlepsze Drogie Panie. :))

skomentuj (0)

Wniebowzięci 2012-03-05 09:39:30

W ramach przełamywania rutyny dnia codziennego zorganizowałem swoim chłopakom niespodziankę: weekend w Krakowie.
Byliśmy tam samolotem - co miało być tak naprawdę główną częścią tej niespodzianki, bo chłopaki jeszcze nigdy wcześniej nie lecieli.
No i polecieliśmy.
Jasiek w nerwach, wpatrzony cały czas w okno, podekscytowany, ze strachem tropiący każdą potencjalną usterkę w samolocie: a to że coś ze skrzydła odpada (sic!), a to że tapicerka w środku odstaje itd. itp.
Franek mega znudzony, próbujący w samolocie rozwiązywać krzyżówki – tak jakby samolotem latał codziennie do szkoły..
No cóż – dzieci mam inne. O tym już wiem
Sam Kraków jak to Kraków.
Stary, dostojny, galicyjski, piękny i spokojny. Mimo zmian zewnętrznych środek, dusza nie zmienia się wcale. I dobrze.
Takiego go kocham. A jest to miłość nieustająca. Od pierwszego wejrzenia.
I było śniadanie w Chimerze, i pokaz iluzjonisty, i pączki na Starowiślnej, i Wawel, i pizza, i muzeum pod Sukiennicami, i Kazimierz, i gorąca czekolada, i bulwary nad Wisłą, i Stare Miasto, i to wszystko na co starczyło nam sił w nogach.
I było super. Jak zawsze w Krakowie.
I wróciliśmy uśmiechnięci, zadowoleni i szczęśliwi.
A następnym razem mamy polecieć do Torunia – tak chce Franek. Bo tam są dobre ciasteczka. ;))
No cóż. Powód niezły.. :)

Bo człowiek musi sobie czasem polatać...

skomentuj (0)

Ostatnio usłyszane 2012-02-29 09:33:57

Własnej śmierci się nie boję.
Jestem już w takim wieku, że przestałem o niej myśleć jako o czymś abstrakcyjnym i nierealnym. Właściwie to nawet na nią czekam. Oswoiłem się z tym, że jest i że w końcu po mnie przyjdzie.
Tak naprawdę to czego się boję to śmierć tych których kocham.

skomentuj (0)

bo kosmici są wśród nas... (c.d.) 2012-02-24 07:33:20

- byłeś wczoraj na basenie Franek?
- byłem.
- i co pływałeś?
- nie.
- dlaczego? przecież zapakowałem Ci zatyczkę do ucha, żeby nie zamoczyć założonego drenu i powiedziałem że możesz być w wodzie tylko musisz sobie włożyć zatyczkę.
- no tak. wiem. ale zapomniałem do którego ucha mam ją włożyć...
(ludzie... pomocy...)

skomentuj (0)

bo kosmici są wśród nas... 2012-02-22 15:01:45

Wracam z Frankiem ze szpitala. Miał zakładany dren do ucha i wycinany trzeci migdał.
Wszystko po to żeby zmniejszył się stwierdzony u niego niedosłuch.
- No i jak Franiu? Lepiej już słyszysz?
- Co...??? Mów głośniej bo nie słyszę.

skomentuj (0)

(...) 2012-02-17 08:29:36

Co znaczy "oswoić" spytał Mały Książę?
- Jest to pojęcie zupełnie zapomniane - powiedział lis. - "Oswoić" znaczy "stworzyć więzy".
- Stworzyć więzy?
- Oczywiście - powiedział lis. - Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy innych małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie.

skomentuj (0)

szpital 2012-02-17 07:57:11

Ostatnie 2 dni spędziłem w szpitalu z Frankiem.
Miał wycinany trzeci migdał i zakładany dren do jednego ucha.
Cieszę się że tam byłem. Spełniłem się jako ojciec. Super uczucie.
Fajnie jest wiedzieć, że dzieci czują, że mają we mnie oparcie – to daje bardzo dużo siły.
I mi i im...
Sam szpital niepodobny do tego co pamiętam jeszcze sprzed kilku lat z niekłańskiej gdzie Franek trafił z zachłystowym zapaleniem płuc (napił się płynu do lampy naftowej !!!)
tam była mordownia niezła..
a tu łazienka w każdej sali, bezprzewodowy internet, miły personel, mogłem z nim być aż do momentu uśpienia na sali operacyjnej, a potem z powrotem przy obudzeniu. fajnie.
tylko spać nie mogłem za bardzo bo mieliśmy jedno łóżko, a Franek wiercił się cały czas ale już jest po. i wszystko jest ok. najważniejsze.
i warszawa nocą wygląda naprawdę pięknie – już dawno tego nie widziałem – u nas na wsi ciemno. ale też pięknie..

skomentuj (0)

żaba szerokoustna 2012-02-07 10:31:37

Rzadko, bo rzadko ale czasem trafiają się ludzie których po prostu nie trawię.
nie trawię i już. denerwuje mnie sam ich widok. co dopiero mówić o rozmowie itd.
nie wiem czemu tak się dzieje ale tak po prostu jest i muszę się z tym pogodzić.
są osoby które wysysają ze mnie energię.
na swój prywatny użytek nazywam je "żaby szerokoustne"
na ostatnie narty pojechaliśmy większą grupą. tak ze 20-25 osób i jakoś tak się podzieliliśmy w codziennej jeździe, że żonka (która jeździ ode mnie lepiej, no i na nartach a nie na desce) jeździła z jednym chłopakiem, który też jeździł super, a ja jeździłem z jego żoną - stu procentową żabą szerokoustną. mieliśmy podobny rytm i nie musieliśmy na siebie zbyt długo czekać przy wyciągach. jak tak sobie pomyślę to w sumie był to jedyny plus.
niestety dziewczyna ta miała jedną podstawową wadę: zdecydowanie za dużo gadała.
A gadała wszędzie. Na wyciągu, w knajpie, na stoku, w samochodzie, wieczorem na imprezie itd. itd… niekończący się monolog i potok słów.
Przy tym jej barwa głosu przypomina nieco głos posłanki Senyszyn jeżeli wiecie co mam na myśli...
Byłem zmęczony już po pierwszym dniu, a jeździliśmy prawie tydzień. Pod koniec mówiłem już wprost że się wyłączam i zakładałem słuchawki na uszy.
Najczęściej był to Rage Against the Machines. Głośna i ostra muzyka – tak żeby odreagować na desce.
No i w ostatni weekend zaprosili nas do siebie na oglądanie zdjęć i ogólnie spotkanie, bo wcześniej się nie znaliśmy a mieszkają niedaleko.
No i pojechaliśmy. Ja byłem kierowcą. Koło 20 wszyscy byli już ładnie wstawieni winem – oprócz mnie i dzieci oczywiście.
No i po kilku butelkach wina się zaczęło:
- A może zostaniecie u nas na noc?
- Dziękuję za propozycję ale nie. Nie jesteśmy przygotowani. Poza tym córcia boi się spać w obcym miejscu.
- No zostańcie. Będzie fajnie. Będziesz mógł się napić.
- Nie, naprawdę dziękuję.
- Jak chcesz przygotuję wam łóżka i piżamy nawet.
- Dziękuję ale wrócimy do domu.
- A jutro rano zrobimy wam śniadanie. Dzieci będą zadowolone i Wy na pewno też.
- (kurwa, kurwa, kurwa, nie, nie, nie!!!!!) Naprawdę dziękuję ale nie.
- No tak ładnie Cię proszę.. no zostańcie.
- Nie dzięki. Chcę sobie jeszcze popracować w domu.
- Ojej. A co będziesz robił?
- Chcę zrobić szafkę na buty i poszlifować trochę desek w garażu.
- I będzie Ci się chciało? W sobotę w nocy?
- Tak będzie mi się chciało. Muszę odreagować. Ja w ten sposób odpoczywam.
- Naprawdę? A co odreagować? Jak tak można odpoczywać?
- Można. Ja przynajmniej potrafię. (uciec.. chcę stąd uciec...!)
itd. itd…
Pojawił się też pomysł (nie nasz) żeby pojechać razem na wakacje.. – uff... mam nadzieję że nic z tego nie wyjdzie.
zostać więc nie zostaliśmy, a ja pracowałem prawie do 2 w nocy.
i odreagowałem.
i dobrze.

skomentuj (0)

boję się 2012-01-30 15:17:09

boję się tego, że za bardzo się odkryłem
zrzuciłem z siebie pancerz budowany przez lata i teraz czuję się nagi
chronił mnie przed tym co na zewnątrz. nie pozwalał zrobić większej krzywdy. odbijał wszystkie ciosy i razy. i uczucia...
teraz bez niego czuję o wiele więcej. docierają do mnie wszystkie te rzeczy dobre i złe, przyjemne i nie.
nie mogę się już jednak bronić. nie potrafię. straciłem tą umiejętność - boję się, że już na zawsze.
łatwo mnie zranić. za łatwo..
źle się z tym czuję

skomentuj (2)

ferie 2012-01-30 13:05:46

a raczej już po feriach niestety
najmłodsza córcia została w domu a reszta rodzinki na narty i (ja na deskę) w góry
i było fajnie, i o tydzień za krótko. jasiek jeździł już z nami wszędzie - nawet po najtrudniejszych czarnych, a franek w szkółce awansował z dnia na dzień od grupy dla początkujących po zaawansowanych. i na koniec zdobył medal w zawodach i był przeszczęśliwy.
po nartach/desce wieczorami codziennie imprezy bo pojechaliśmy w 5 samochodów z sąsiadami i tak to zleciało
tylko za córcią tęskniłem okropnie i gnałem z powrotem te 1.500km jak na skrzydłach. po pworocie przez długi czas nie wypuszczałem jej z objęć.. :)
no.. i tyle..

jakoś ostatnio nie mam serca do tego bloga.. to wszystko co piszę, to raczej z takiego obowiązku, żeby po prostu odnotować fakt jakiegoś zdarzenia.
jakoś tak pusto w głowie, źle
pragnę. wrrrr....

skomentuj (0)

zły 2012-01-17 11:39:57

czasami przychodzą takie chwile, kiedy mam okropną ochotę być zły
bardzo, bardzo zły...
chcę być skończonym skurwysynem, egoistą, hedonistą, narcyzem, bucem, dupkiem, chamem i sam nie wiem kim jeszcze..
chcę wyć, krzyczeć, kłócić się o byle gówno i lać na wszystko,
chcę się schlać, upalić, upodlić, a potem mścić, kraść, kłamać, zdradzać, nienawidzić…
wszystko to co najgorsze, całe to gówno i błoto ze środka wyrzucić z siebie - mój prywatny Mr Hyde.
testosteron w stanie czystym, bez niepotrzebnych wyrzutów sumienia, gdybania, myślenia – tylko działanie
i czasami – tak jak teraz - tego zbiera się w środku tyle, że nie mogę usiedzieć na miejscu.. jest mi z tym źle. chcę to z siebie wydalić. dosłownie...
i wkurwia mnie ta totalna bezsilność i niemoc
dzisiaj jestem zły. zostawcie mnie!!!

skomentuj (0)

My, dzieci tamtych rodziców... 2012-01-16 07:49:54

"Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach małego miasteczka—właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominane z nostalgią nasze szalone lata 80.:

•Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w naszej okolicy budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).
•Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
• Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.
•Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.
•Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
•Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo—jak zwykle.
•Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą do niej wracać.
•Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.
•Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do czego służą kaski i ochraniacze.
•Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
•Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.
•Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
•W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać.
•Pies łaził z nami—bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.
•Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
•Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
•Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie osikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył, po tej czynności, rąk.
•Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień dobry i nosić za nią zakupy.
• Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.
•Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
•Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.
•Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
•Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
•Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
•Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
•Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.
•Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
•Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie brzydził.
•Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.
•Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
•Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie—bez beczenia i wycierania ust rękawem.
•Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
•Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie dawać radę sami.
•Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.
•Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych wychowawców.

Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.
My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu. A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!"

skomentuj (0)

Lwów 2012-01-09 15:40:15

Korzystając z urlopu między świętami i Nowym Rokiem oraz z faktu, że przy okazji świąt mogliśmy „zgubić” nasze dzieciaki u dziadków pojechaliśmy sobie z żonką do Lwowa.
Dlaczego Lwów? Bo kiedyś to było polskie miasto i byłem ciekaw czy tą polskość jeszcze tam widać.
I widać. Oj widać…
Zresztą… nie tylko widać ale i czuć. I jest to fajne uczucie.
Dzisiejszy Lwów to taki Kraków 20 lat temu. Bardzo zaniedbany i zniszczony ale i tak piękny.
I super jest przespacerować się po starówce wejść na Wysoki Zamek, pójść na Cmentarz Łyczakowski, albo do Katedry Łacińskiej w której msze są ciągle odprawiane po polsku.
Wróciliśmy tak pozytywnie naładowani i o to chodziło. Parę dni bez dzieci zrobiło swoje ;)
a jak ktoś narzeka na polskie drogi niech sobie pojedzie na Ukrainę… :)

skomentuj (0)

? 2012-01-09 08:37:36

Dlaczego nigdy nie pamiętamy początku snu?

skomentuj (0)

z Nowym Rokiem 2012-01-02 14:38:18

bez żadnych szczególnych postanowień i oczekiwań
niech się toczy..
marzyć - owszem, można... ba! trzeba nawet!
ale i tak najważniejsze jest to żeby dzieciaki były zdrowe, żeby miały co jeść i gdzie spać - reszta to wypełniające dodatki - ziarnka piasku w wiadrze pełnym kamieni
i ja muszę te moje kamienie chronić. uważać żeby mi nie powypadały. a piasek.. cóż.. jak się trochę wysypie nic wielkiego się nie stanie
tego chcę i tego pragnę
tak.. pragnę... tego co nieosiągalne - co zrobić.. taka już moja zasmarkana natura.
a co ma być - niech będzie
co ma się zdarzyć - niech się zdarzy
życie toczy się dalej

a tym którzy to kiedyś przeczytają życzę żebyście byli zawsze z tymi których kochacie

skomentuj (0)

tęsknota 2011-12-23 08:04:01

Czy tęsknota to żal za tym co już minęło, czy za tym czego nigdy nie było?

skomentuj (2)

kuchenka 2011-12-21 08:02:47

w ramach realizowania się jako stolarz zrobiłem córci kuchenkę pod choinkę :)))
wychodzą z tego same plusy...
- przez kilka wieczorów robiłem to co lubię i było mi z tym naprawdę dobrze :)
- córcia dostanie jedyny i niepowtarzalny egzemplarz w 100% zrobiony przez swojego tatę (zero plastiku !!!)
- zaoszczędziłem kasę na prezent dla niej - chociaż pewnie dwa razy tyle wydałem na materiały, ale co tam :)))
- wiem już, że gdyby mnie np. wylali z roboty mogę robić kuchenki dla dzieci i sprzedawać na allegro (marny bo marny ale jakiś fach w ręku zawsze jest)

święta idą... :)))

skomentuj (0)

Księga Gości