bo kosmici są wśród nas... 2012-02-22 15:01:45

Wracam z Frankiem ze szpitala. Miał zakładany dren do ucha i wycinany trzeci migdał.
Wszystko po to żeby zmniejszył się stwierdzony u niego niedosłuch.
- No i jak Franiu? Lepiej już słyszysz?
- Co...??? Mów głośniej bo nie słyszę.

skomentuj (0)

(...) 2012-02-17 08:29:36

Co znaczy "oswoić" spytał Mały Książę?
- Jest to pojęcie zupełnie zapomniane - powiedział lis. - "Oswoić" znaczy "stworzyć więzy".
- Stworzyć więzy?
- Oczywiście - powiedział lis. - Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy innych małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie.

skomentuj (0)

szpital 2012-02-17 07:57:11

Ostatnie 2 dni spędziłem w szpitalu z Frankiem.
Miał wycinany trzeci migdał i zakładany dren do jednego ucha.
Cieszę się że tam byłem. Spełniłem się jako ojciec. Super uczucie.
Fajnie jest wiedzieć, że dzieci czują, że mają we mnie oparcie – to daje bardzo dużo siły.
I mi i im...
Sam szpital niepodobny do tego co pamiętam jeszcze sprzed kilku lat z niekłańskiej gdzie Franek trafił z zachłystowym zapaleniem płuc (napił się płynu do lampy naftowej !!!)
tam była mordownia niezła..
a tu łazienka w każdej sali, bezprzewodowy internet, miły personel, mogłem z nim być aż do momentu uśpienia na sali operacyjnej, a potem z powrotem przy obudzeniu. fajnie.
tylko spać nie mogłem za bardzo bo mieliśmy jedno łóżko, a Franek wiercił się cały czas ale już jest po. i wszystko jest ok. najważniejsze.
i warszawa nocą wygląda naprawdę pięknie – już dawno tego nie widziałem – u nas na wsi ciemno. ale też pięknie..

skomentuj (0)

żaba szerokoustna 2012-02-07 10:31:37

Rzadko, bo rzadko ale czasem trafiają się ludzie których po prostu nie trawię.
nie trawię i już. denerwuje mnie sam ich widok. co dopiero mówić o rozmowie itd.
nie wiem czemu tak się dzieje ale tak po prostu jest i muszę się z tym pogodzić.
są osoby które wysysają ze mnie energię.
na swój prywatny użytek nazywam je "żaby szerokoustne"
na ostatnie narty pojechaliśmy większą grupą. tak ze 20-25 osób i jakoś tak się podzieliliśmy w codziennej jeździe, że żonka (która jeździ ode mnie lepiej, no i na nartach a nie na desce) jeździła z jednym chłopakiem, który też jeździł super, a ja jeździłem z jego żoną - stu procentową żabą szerokoustną. mieliśmy podobny rytm i nie musieliśmy na siebie zbyt długo czekać przy wyciągach. jak tak sobie pomyślę to w sumie był to jedyny plus.
niestety dziewczyna ta miała jedną podstawową wadę: zdecydowanie za dużo gadała.
A gadała wszędzie. Na wyciągu, w knajpie, na stoku, w samochodzie, wieczorem na imprezie itd. itd… niekończący się monolog i potok słów.
Przy tym jej barwa głosu przypomina nieco głos posłanki Senyszyn jeżeli wiecie co mam na myśli...
Byłem zmęczony już po pierwszym dniu, a jeździliśmy prawie tydzień. Pod koniec mówiłem już wprost że się wyłączam i zakładałem słuchawki na uszy.
Najczęściej był to Rage Against the Machines. Głośna i ostra muzyka – tak żeby odreagować na desce.
No i w ostatni weekend zaprosili nas do siebie na oglądanie zdjęć i ogólnie spotkanie, bo wcześniej się nie znaliśmy a mieszkają niedaleko.
No i pojechaliśmy. Ja byłem kierowcą. Koło 20 wszyscy byli już ładnie wstawieni winem – oprócz mnie i dzieci oczywiście.
No i po kilku butelkach wina się zaczęło:
- A może zostaniecie u nas na noc?
- Dziękuję za propozycję ale nie. Nie jesteśmy przygotowani. Poza tym córcia boi się spać w obcym miejscu.
- No zostańcie. Będzie fajnie. Będziesz mógł się napić.
- Nie, naprawdę dziękuję.
- Jak chcesz przygotuję wam łóżka i piżamy nawet.
- Dziękuję ale wrócimy do domu.
- A jutro rano zrobimy wam śniadanie. Dzieci będą zadowolone i Wy na pewno też.
- (kurwa, kurwa, kurwa, nie, nie, nie!!!!!) Naprawdę dziękuję ale nie.
- No tak ładnie Cię proszę.. no zostańcie.
- Nie dzięki. Chcę sobie jeszcze popracować w domu.
- Ojej. A co będziesz robił?
- Chcę zrobić szafkę na buty i poszlifować trochę desek w garażu.
- I będzie Ci się chciało? W sobotę w nocy?
- Tak będzie mi się chciało. Muszę odreagować. Ja w ten sposób odpoczywam.
- Naprawdę? A co odreagować? Jak tak można odpoczywać?
- Można. Ja przynajmniej potrafię. (uciec.. chcę stąd uciec...!)
itd. itd…
Pojawił się też pomysł (nie nasz) żeby pojechać razem na wakacje.. – uff... mam nadzieję że nic z tego nie wyjdzie.
zostać więc nie zostaliśmy, a ja pracowałem prawie do 2 w nocy.
i odreagowałem.
i dobrze.

skomentuj (0)

boję się 2012-01-30 15:17:09

boję się tego, że za bardzo się odkryłem
zrzuciłem z siebie pancerz budowany przez lata i teraz czuję się nagi
chronił mnie przed tym co na zewnątrz. nie pozwalał zrobić większej krzywdy. odbijał wszystkie ciosy i razy. i uczucia...
teraz bez niego czuję o wiele więcej. docierają do mnie wszystkie te rzeczy dobre i złe, przyjemne i nie.
nie mogę się już jednak bronić. nie potrafię. straciłem tą umiejętność - boję się, że już na zawsze.
łatwo mnie zranić. za łatwo..
źle się z tym czuję

skomentuj (2)

ferie 2012-01-30 13:05:46

a raczej już po feriach niestety
najmłodsza córcia została w domu a reszta rodzinki na narty i (ja na deskę) w góry
i było fajnie, i o tydzień za krótko. jasiek jeździł już z nami wszędzie - nawet po najtrudniejszych czarnych, a franek w szkółce awansował z dnia na dzień od grupy dla początkujących po zaawansowanych. i na koniec zdobył medal w zawodach i był przeszczęśliwy.
po nartach/desce wieczorami codziennie imprezy bo pojechaliśmy w 5 samochodów z sąsiadami i tak to zleciało
tylko za córcią tęskniłem okropnie i gnałem z powrotem te 1.500km jak na skrzydłach. po pworocie przez długi czas nie wypuszczałem jej z objęć.. :)
no.. i tyle..

jakoś ostatnio nie mam serca do tego bloga.. to wszystko co piszę, to raczej z takiego obowiązku, żeby po prostu odnotować fakt jakiegoś zdarzenia.
jakoś tak pusto w głowie, źle
pragnę. wrrrr....

skomentuj (0)

zły 2012-01-17 11:39:57

czasami przychodzą takie chwile, kiedy mam okropną ochotę być zły
bardzo, bardzo zły...
chcę być skończonym skurwysynem, egoistą, hedonistą, narcyzem, bucem, dupkiem, chamem i sam nie wiem kim jeszcze..
chcę wyć, krzyczeć, kłócić się o byle gówno i lać na wszystko,
chcę się schlać, upalić, upodlić, a potem mścić, kraść, kłamać, zdradzać, nienawidzić…
wszystko to co najgorsze, całe to gówno i błoto ze środka wyrzucić z siebie - mój prywatny Mr Hyde.
testosteron w stanie czystym, bez niepotrzebnych wyrzutów sumienia, gdybania, myślenia – tylko działanie
i czasami – tak jak teraz - tego zbiera się w środku tyle, że nie mogę usiedzieć na miejscu.. jest mi z tym źle. chcę to z siebie wydalić. dosłownie...
i wkurwia mnie ta totalna bezsilność i niemoc
dzisiaj jestem zły. zostawcie mnie!!!

skomentuj (0)

My, dzieci tamtych rodziców... 2012-01-16 07:49:54

"Ja, moi bracia i reszta naszej ulicy spędzaliśmy dzieciństwo na obrzeżach małego miasteczka—właściwie na wsi. Byliśmy wychowywani w sposób, który psychologom śni się zazwyczaj w koszmarach zawodowych, czyli patologiczny. Na szczęście, nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominane z nostalgią nasze szalone lata 80.:

•Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych w naszej okolicy budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy).
•Nie chodziliśmy do przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
• Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy.
•Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, herbata ze spirytusem i pierzyna. Dzięki temu nigdy nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem.
•Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
•Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo—jak zwykle.
•Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą do niej wracać.
•Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.
•Zimą ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy się trochę baliśmy. Dorośli nie wiedzieli do czego służą kaski i ochraniacze.
•Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego.
•Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy pomocą dydaktyczną, a policja zajmowała się sprawami dorosłych.
•Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt, z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka.
•W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać.
•Pies łaził z nami—bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi.
•Raz uwiązaliśmy psa na „sznurku od presy” i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze.
•Mogliśmy dotykać innych zwierząt. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
•Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie osikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył, po tej czynności, rąk.
•Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić dzień dobry i nosić za nią zakupy.
• Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić dzień dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to dzień dobry wymusić.
•Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka.
•Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo.
•Do szkoły chodziliśmy półtorej kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów.
•Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.
•Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
•Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz.
•Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść.
•Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
•Żuliśmy wszyscy jedną gumę, na zmianę, przez tydzień. Nikt się nie brzydził.
•Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi. Nikt nie umarł.
•Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd.
•Musieliśmy całować w policzek starą ciotkę na powitanie—bez beczenia i wycierania ust rękawem.
•Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem.
•Nikt nas nie chronił przed złym światem. Idąc się bawić, musieliśmy sobie dawać radę sami.
•Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością.
•Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie i koledzy ze starszej klasy. Rodzice chętnie przyjmowali pomoc przypadkowych wychowawców.

Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani.
My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli, jak należy nas dobrze wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu. A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!"

skomentuj (0)

Lwów 2012-01-09 15:40:15

Korzystając z urlopu między świętami i Nowym Rokiem oraz z faktu, że przy okazji świąt mogliśmy „zgubić” nasze dzieciaki u dziadków pojechaliśmy sobie z żonką do Lwowa.
Dlaczego Lwów? Bo kiedyś to było polskie miasto i byłem ciekaw czy tą polskość jeszcze tam widać.
I widać. Oj widać…
Zresztą… nie tylko widać ale i czuć. I jest to fajne uczucie.
Dzisiejszy Lwów to taki Kraków 20 lat temu. Bardzo zaniedbany i zniszczony ale i tak piękny.
I super jest przespacerować się po starówce wejść na Wysoki Zamek, pójść na Cmentarz Łyczakowski, albo do Katedry Łacińskiej w której msze są ciągle odprawiane po polsku.
Wróciliśmy tak pozytywnie naładowani i o to chodziło. Parę dni bez dzieci zrobiło swoje ;)
a jak ktoś narzeka na polskie drogi niech sobie pojedzie na Ukrainę… :)

skomentuj (0)

? 2012-01-09 08:37:36

Dlaczego nigdy nie pamiętamy początku snu?

skomentuj (0)

z Nowym Rokiem 2012-01-02 14:38:18

bez żadnych szczególnych postanowień i oczekiwań
niech się toczy..
marzyć - owszem, można... ba! trzeba nawet!
ale i tak najważniejsze jest to żeby dzieciaki były zdrowe, żeby miały co jeść i gdzie spać - reszta to wypełniające dodatki - ziarnka piasku w wiadrze pełnym kamieni
i ja muszę te moje kamienie chronić. uważać żeby mi nie powypadały. a piasek.. cóż.. jak się trochę wysypie nic wielkiego się nie stanie
tego chcę i tego pragnę
tak.. pragnę... tego co nieosiągalne - co zrobić.. taka już moja zasmarkana natura.
a co ma być - niech będzie
co ma się zdarzyć - niech się zdarzy
życie toczy się dalej

a tym którzy to kiedyś przeczytają życzę żebyście byli zawsze z tymi których kochacie

skomentuj (0)

tęsknota 2011-12-23 08:04:01

Czy tęsknota to żal za tym co już minęło, czy za tym czego nigdy nie było?

skomentuj (1)

kuchenka 2011-12-21 08:02:47

w ramach realizowania się jako stolarz zrobiłem córci kuchenkę pod choinkę :)))
wychodzą z tego same plusy...
- przez kilka wieczorów robiłem to co lubię i było mi z tym naprawdę dobrze :)
- córcia dostanie jedyny i niepowtarzalny egzemplarz w 100% zrobiony przez swojego tatę (zero plastiku !!!)
- zaoszczędziłem kasę na prezent dla niej - chociaż pewnie dwa razy tyle wydałem na materiały, ale co tam :)))
- wiem już, że gdyby mnie np. wylali z roboty mogę robić kuchenki dla dzieci i sprzedawać na allegro (marny bo marny ale jakiś fach w ręku zawsze jest)

święta idą... :)))

skomentuj (0)

noc 2011-12-15 10:32:35

gdy kształy dookoła tracą swą ostrość, a krawędzie stają się niewyraźne
gdy w powietrzu można wyczuć wilgoć i chłód
gdy daleki odgłos przejeżdżającego samochodu zamiast drażnić uspokoja

nadchodzi noc

jedna na tysiąc

skomentuj (0)

melancholia 2011-12-13 08:46:51

dzisiaj w dniu 30 rocznicy wprowadzenia stanu wojennego wszyscy (tzn. Ci co to pamiętają) dookoła wspominają. Jak to było, co wtedy robiłem, gdzie byłem, że nie było teleranka, że zamiast tego pan w ciemnych okularach i czołgi i wojsko (co akurat dla dzieciaków było niezłą atrakcją…)
i w tych wszystkich wspominkach więcej jest chyba takiej melancholii i tęsknoty za tym co minęło niż rzeczywistej ulgi..
i tak sobie myślę że wychodzi w nas tym opowiadaniu o przeszłości, w tej mitologizacji tego pana w okularach zamiast teleranku taka tęsknota za światem prostym, kiedy wszystko łatwo można było podzielić na dobro i zło, ktoś był z nami lub przeciwko nam. To tęsknota za taką.. polaryzacją..?
teraz tak ciężko jest jednoznacznie powiedzieć że oni są dobrzy a my źli, tzn. oczywiście cały czas ktoś tak mówi ale te granice nie są już tak wyraźne jak kiedyś. nic już prawie nie jest tylko czarne lub tylko białe. Istnieje cała gama szarości.. Ja sam czasem tęsknię za tą prostotą życia. I pewnie to też jakoś miesza się z tęsknotą za dzieciństwem bo te dwa światy przenikały się przecież cały czas. Mój mały mikrokosmos z makrokosmosem tego wszystkiego co dookoła..
Dzisiaj nie jestem już dzieckiem, czasami trudno mi też jednoznacznie powiedzieć kto i co jest złe, a co dobre. I rozumiem, że jest dużo ludzi w podobnej sytuacji którzy czują się przez to zagubieni..
I wtedy pozostaje już tylko nam nasz charakter, natura, środowisko w którym żyjemy.. bo bardzo łatwo jest popaść w tą melancholię, zanurzyć się w niej, utonąć..
a tak to trzeba walczyć o swoje… nasz mały prywatny, osobisty kapitalizm.
kapitalizm uczuć – nie wywalczysz, nie zarobisz – nie dostaniesz...

skomentuj (0)

Amelia 2011-12-07 08:04:10

Wczoraj wieczorem pojechałem na lekcję gry na akordeonie.
Staram się z lepszym lub gorszym skutkiem chociaż raz w tygodniu wygospodarować tą jedną godzinę, bo przecież w domu nie ma jak, za każdym razem gdy wyjmuje akordeon zlatuje się stonka i z grania nici..
Te lekcje wyglądają mniej więcej tak, że nigdy nie wiem co będziemy grać. Wychodzi w praniu. Ja albo chłopak, który mnie uczy rzucamy jakiś tytuł, kawałek i staramy się to zagrać. tzn. ja się staram.. No i wczoraj powiedziałem, że może zagramy coś z filmu Amelia.. no i zaczęliśmy grać, taki jeden temat przewodni, króciutki walc i nawet coś tam zaczęło mi wychodzić.. I potem kiedy wróciłem do domu włączyłem telewizor, na pierwszy kanał z brzegu i właśnie zaczynał się ten film: „Amelia”...
i zacząłem się sam do siebie śmiać
przypadek? sam już nie wiem.. przecież nie widziałem tego filmu 6-7 lat i nagle tego samego wieczoru nie wiadomo dlaczego chcę zagrać melodię z tego filmu, a potem w telewizji trafiam na dokładnie ten film..
i tak sobie pomyślałem, że to może jakiś znak, czegoś, od kogoś? nie wiem
odrobina magii szarej codzienności
like it...

skomentuj (0)

technologiczne sieroty 2011-12-05 08:50:06

żyjemy w erze technologii – wiadomo
w erze GPS, GSM, SMS, DHL, WWW i cholera wie czego jeszcze...
nasza era to era „push the button”.
praktycznie wszystko to co chcemy można załatwić naciskając kilka guzików – pod warunkiem posiadania oczywiście odpowiednich środków na koncie.
niby jest łatwiej - w porównaniu z tym co było te 30 lat temu, kiedy brakowało nawet papieru toaletowego
pozostaje tylko pytanie czy łatwiej znaczy lepiej?
czy przez to, że do wszystkiego mamy dostęp, że wszystko jest na wyciągnięcie ręki, nie stajemy się przypadkiem powoli takimi technologicznymi sierotami?
robimy się leniwi... jeżeli czegoś nie można znaleźć w googlach, albo zamówić przez Internet – rezygnujemy z tego
przestajemy walczyć
i nie chodzi tu tylko o rzeczy materialne.. chodzi też (a może przede wszystkim) o uczucia, więzi, emocje...
kiedyś kiedy coś się zepsuło – próbowaliśmy naprawić sami, kiedy czegoś zabrakło – próbowaliśmy to stworzyć, wyprodukować..
teraz w erze masowej produkcji „made in China” wyrzucamy zużytą część bez żalu i idziemy do sklepu po nową.
podobnie jest też z uczuciami...
fajnie prawda?
no właśnie... czy fajnie...???
tak sobie patrzę dookoła i widzę że ludzie z coraz mniejszymi pierdołami dzwonią do „specjalistów”
faceci nie potrafię naprawić już sami kranu, gniazdka, powiesić półki, wymienić świecy w samochodzie itd...
i jeżeli oni tego już nie potrafią, to przecież ich dzieci będą umiały jeszcze mniej
i tak sobie myślę do czego to dąży? gdzie to idzie?
a przecież jeszcze nasi dziadkowie, ojcowie sami budowali domy, składali samochody z tego co było dostępne, oprawiali mięso itd. itd...
kobiety piekły chleby z zakwasu, robiły całą masę przetworów na zimę, potrafiły same szyć..
ja nie twierdzę że teraz nikt tego nie potrafi. na szczęście aż tak źle jeszcze nie jest..
tyle że takich zdolności jest coraz mniej, są coraz rzadsze.
i mam tylko nadzieję że w porę się opamiętamy i zobaczymy, że nie wszystko można załatwić przyciskając guzik

skomentuj (0)

What a beautiful day(s)....!!!! 2011-12-02 10:13:23

magii dookoła było tyle i była tak gęsta, że można ją było kroić nożem i jeść
i jadłem...
mniami :))))

skomentuj (0)

co pozostaje? 2011-11-22 07:26:16

tak ostatnio sobie myślałem co by po mnie zostało gdybym dziś, jutro stąd odszedł
nagły atak serca, wypadek, udar, zawał, zastrzelony przez jakiegoś wariata, nie wiem... cokolwiek...
co by zostało? (oprócz niespłaconego kredytu za dom)
moje dzieci - to na pewno. jakaś cząstka mnie zamknięta w nich... tak.. chociaż tyle...
ale czy coś jeszcze?
jakieś ciepłe wspomnienia? uśmiech? rzeczy które zrobiłem?
kto by za mną płakał? kto by przyszedł na mój pogrzeb, żeby mnie pożegnać?
nie wiem
nie mam absolutnie żadnych skłonności samobójczych - za bardzo kocham życie - tak sobie tylko dumałem nie mogąc zasnąć
czy takie myśli to oznaka starzenia się? a może po prostu dorosłości?
gdzieś tam w środku mnie jest taki wielki brak
źle mi z tym
ok. dosyć tego marudzenia! kolejny dzień czas zacząć.
pięści do góry!
nie opuszczać gardy!
doskocz - przypieprz - odskocz!

czasami czuję się tak jakbym przez życie jechał z zaciągniętym hamulcem ręcznym
podłe uczucie

skomentuj (1)

ostatnio usłyszane 2011-11-16 14:18:51

"Pieniądze szczęścia nie dają. Szczęście dają zakupy".

skomentuj (0)

czy warto? 2011-11-15 10:44:55

czy warto zaczynać coś - co wiemy, że skończy się naszą totalną przegraną na całej linii?
czy warto wtedy walczyć, starać się?
czy warto pomimo wszystkich znaków, znanego scenariusza i znanego końca próbować?
czy nie przegramy wtedy za bardzo?
a czy w ogóle można przegrać za bardzo?
czy nie za długo będziemy potem lizać po kątach swoje rany?
a jak się nie zagoi? (a pewnie się nie zagoi...)
czy warto?
co nam to daje?
poczucie tego że w ogóle spróbowaliśmy, że walczyliśmy?
nasz własny prywatny heroizm (a może hedonizm?), godność, spokój – do pokazania tylko przed lustrem..
nie wiem co to daje,
nie wiem czy warto
wiem tylko, że inaczej nie potrafię
taka już moja podła natura i charakter.
trudno.

-----------------------------------

ciepłe słowa grzeją mnie
zimno mi bardzo

skomentuj (0)

przeczytane dzisiaj 2011-11-04 12:12:07

"Adam spędził za kratkami 34 lata. Siedział głównie za napady i kradzieże. Ale kiedy zobaczył czarną teczkę, leżącą samotnie na ławce, nie wahał się ani chwili. Odniósł ją na policję. W teczce były 2 tysiące złotych i karty kredytowe wraz z dołączonymi PIN-ami do nich.
(...)
Dlaczego oddałem tę teczkę? Wie pani, ja się dość w życiu nakradłem. I odpokutowałem za to. Teraz nie chcę być już taki, jak kiedyś. Po co? Co mi to da? Żerować na cudzym nieszczęściu, to nie powód do dumy. Gdybym znalazł milion, to też bym oddał. Zresztą - zrobiłem dobrze i dobro do mnie wróciło."

skomentuj (0)

grunt to mieć dobrą wymówkę... :)) 2011-11-04 07:49:32

- Franek odrobiłeś pracę domową?
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo zagapiłem się na bardzo długo.
- A na co się zagapiłeś?
- Na szafę.

czasami ten dzieciak mnie po prostu rozwala.... :))))

skomentuj (0)

Halołin 2011-11-02 11:04:26

"HALOŁIN" takim oto pięknym napisem na drzwiach wejściowych mój 5-letni syn zapoczątkował przedwczoraj dyniowe szaleństwo
i była tarta z dyni, i ziarenka do łuskania przy kominku, i chodzenie po sąsiadach z okrzykiem „cukierek albo psikus”, i wydrążone dyniowe „gęby” ze świeczkami w środku, które paliły się przez całą noc, i przy okazji sąsiedzka impreza u nas, i wypite przy okazji imprezy razem z sąsiadami 2 litry cytrynówki, które zrobiłem, i cały dom ludzi, i generalnie super
poza tym (a raczej przede wszystkim) Powązki i ponad pół dniowy spacer po grobach, i znicze na zapomnianych nagrobkach – to już taka nasza tradycja, której nauczyłem swoje własne dzieci – pamiętają już o tym co rok i to cieszy
i było też coś dla mnie w te wolne dni…
kupiłem sobie nową zabawkę – spawarkę i uczyłem się spawać, i było super
i dzięki temu naprawiłem pękniętą furtkę, do której się zbierałem już zdecydowanie za długo i jestem z siebie dumny
było też robienie z kumplami dachu na działce – takie nasze męskie spa ;)
a na koniec duża półka na całą ścianę w kotłowni, o którą żonka prosiła już jakiś czas temu
w sumie super te dni – wyciśnięte na maksa – i tak trzymać !!!

skomentuj (0)

dobrze mi 2011-10-22 11:39:04

cholera... jak to wszystko szybko się zmienia...
cóż za zwroty akcji
jaki ciekawy scenariusz, scenografia
jaka obsada...!!!!
i jak tu nie kochać życia?
nie wiem jeszcze i pewnie już nigdy się nie dowiem od czego zależy ta karuzela
i chyba nawet nie chcę wiedzieć... to jedna z tych tajemnic, które powinny pozostać nieodkryte.
piękny dzień mamy za oknem, prawda...? ;))
dobrze mi.

skomentuj (0)

tłumacz 2011-10-22 11:32:25

bycie tłumaczem to nie w kij pierdział...
to zaszczyt, wyróżnienie ale i obowiązek - przynajmniej u nas w domu..
a tłumaczem tym - chcąc nie chcąc - został Franek, który jako jedyny rozumie wszystko to co chce powiedzieć 4 lata młodsza od niego siostra.
Hanka gada coraz więcej. Coraz więcej też można zrozumieć z tego co mówi - niestety nie wszystko jeszcze.
i czasami tak jak wczoraj, zdarzają się sytuacje, że i 10 razy powtarza to samo, a ja za nic nie jestem w stanie jej zrozumieć. staram się naprawdę jak cholera. ale dupa zbita. zero. porażka.
i jak już widzi, że nic z tego nie będzie, zrezygnowana idzie po Franka, prowadzi go do mnie za rękę i mówi mu dokładnie to co mi powtarzała tyle razy.
A na koniec mówi: "a teraz powiedz Lanio (tak Hania nazywa Franka) do tata co ja chce"
no i Franek mówi. bez żadnego wysiłku, kombinowania, czasami nawet nieco znudzony. od razu tłumaczy na ogólnie zrozumiały język to co Hanka chciała nam przekazać
i dla mnie są to jakieś czary, magia..
i czuję wtedy taki mały żal, że oni są razem w takim świecie i władają takimi językami, których ja już nie znam, które zapomniałem
a przecież kiedyś je znałem...

skomentuj (0)

chłopaki nie płaczą 2011-10-20 13:35:32

chłopaki nie płaczą - wiadomo
a nawet jak płaczą to tak żeby nikt nie widział
ale potem chłopaki zbierają się w sobie, wycierają łzy i zaczynają walczyć.
znowu
a jak trzeba to jeszcze raz i jeszcze
bo płakać tak naprawdę chłopaki mogą - to czasem nawet pomaga
nie mogą tylko się poddać - bo tego chłopakom po prostu zrobić nie wypada
bo w końcu są chłopakami
bo inaczej nie potrafią

walczmy więc chłopcy.
do upadłego.
a potem jak już upadniemy, w ten pył, błoto, kurz - to trzeba otrzeć łzy, wstać i walczyć znowu.
i taki już nasz los, takie przeznaczenie. taki już nasz zakichany charakter, taka nasz podła natura
można wszystko - tylko się nie poddawać.
do boju więc chłopaki! naprzód!
jeńców tu nikt nie bierze.
------------------------
oddycham Tobą
to takie "kocham Cię" x 1000

skomentuj (1)

sen 2011-10-20 12:58:46

jestem w jakimś budynku (więzienie?) w środku lasu. Dookoła wysokie, szumiące drzewa. Wiem, że jak najszybciej muszę się stamtąd wydostać - tak żeby ONI mnie nie złapali. Nie wiem kim są Ci ONI.. ale chcę, muszę przed nimi uciec. Muszę.
Uciec tak żeby nikt mnie nie zobaczył, nie dostrzegł.
Schodzę po ciemnych schodach do wilgotnej piwnicy, zaczynam kopać - to jedyny pomysł jaki przychodzi mi do głowy. Zrobić podkop i w ten sposób niepostrzeżenie wydostać się z tego miejsca.
Kopię długo. Chcę mieć pewność, że wyjście będzie dostatecznie daleko - gdzieś głęboko w lesie. Wreszcie decyduję się wydostać na powierchnię. Ostrożnie rozglądam się dookoła. Cisza, tylko szum drzew. Wieczór. Szaro. Mała polana, w środku lasu. Pień ściętego drzewa.
A na pniu siedzi...

skomentuj (1)

imieniny 2011-10-17 13:22:36

potrzeba było ponad 30 lat i dużo wypitej wódki żebym mógł usłyszeć od swojego ojca, że jest ze mnie dumny.
że jest dumny z tego jak sobie radzę z życiem, że większość rzeczy jestem w stanie zrobić albo naprawić sam, że wg niego sporo osiągnąłem.. itd. itd.
ok „trochę” to za późno na takie wynurzenia, w dodatku powiedziane po pijaku ale w sumie... lepiej późno i po pijaku niż wcale...
tak się teraz tylko zastanawiam czy mój ojciec był kiedykolwiek dla mnie autorytetem?
może kiedyś - w szczenięcym wieku, kiedyś...
dawno, dawno temu – zbyt dawno żebym mógł to pamiętać.
w ten weekend pojechaliśmy na imieniny mojej mamy.
w rodzinnym domu – jeżeli można tak to nazwać – bywam rzadko. może 4-5 razy w roku. nie częściej.
i chyba tak jest ok. miałem 19 lat kiedy wyjechałem stamtąd na dobre i jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do tego żeby wracać.
w miarę szybko się usamodzielniłem, zacząłem żyć na własny rachunek i tak to już leci. i dobrze.
są chyba jednak takie rzeczy które przez to że dorastamy w takim a nie innym środowisku pozostają w nas do końca
bez względu na to czy chcemy tego czy nie.
i nie mówię tutaj o starym stole w salonie z którym od 30 lat są problemy przy rozkładaniu i trzeba znać „rodzinną tajemnicę” żeby go rozłożyć, nie mówię o tęsknocie za pochyłą wierzbą tuż nad rzeką z której można było wskoczyć bezpośrednio do wody, a której już dawno nie ma itd. itd..
chodzi mi bardziej o te wszystkie relacje
syn-ojciec, syn-matka, ojciec-matka, brat-brat itd
i nie ważne czy te relacje teraz pochwalamy, czy nie
ważne jest to że w jakimś sensie te relacje nas ukształtowały, doprowadziły do tego kim jesteśmy TERAZ
i możemy się z tym nie zgadzać, możemy czuć żal, złość ale one po prostu są i nic już tego nie zmieni
i popełniamy podobne błędy, które popełniali nasi rodzice i wypadamy na podobnych zakrętach życiowych, bo ta matryca którą wyryto w nas za młodu pomimo tego że przysypana grubym kurzem późniejszego życia i spraw – ona ciągle istnieje
i czasami mnie to wkurza,
bo przecież ja to ja,
bo żyję na swój własny rachunek
bo mam już swoje własne dzieci, własne problemy, własne życie...
a czasami potrafi pomóc - uczy pewnych schematów zachowań, określonych reakcji
i nie wiem już czy to dobrze, czy źle - być tak naznaczonym
bilans wychodzi chyba na zero
chyba.

skomentuj (0)

jesień 2011-10-12 13:06:14

no i przyszła wreszcie jesień
zimna, deszczowa, wietrzna
a ja i tak ją lubię
lubię i już
kończę sobie powoli kanciapę na ogrodzie, teraz doprowadzam tam prąd, światło.. i jest mi z tą robotą tak dobrze, że ostatnio muszę prawie żebrać o to żeby moja żonka dała mi trochę czasu aby móc trochę popracować.. do czego to doszło..
rozumiem, żebym siedział przed telewizorem, albo szlajał się z kumplami po knajpach..
nie - ja proszę o czas żeby móc popracować przy domu i dla domu
oj ludzie się zmieniają, zmieniają...
dobrze mi z tym
dzieciaki po szkołach, przedszkolach, spotykamy się tak naprawdę dopiero wieczorem, rozpalam w kominku i tak się grzejemy razem..
gazu jeszcze nie włączam - zawsze to parę groszy więcej w kieszeni zostanie - a jak narazie nikt nie marudzi że mu zimno. Zobaczymy jak długo..
to co w sercu - to jest. już tak okrzepło, pogodziło się ze swoim losem - i z tym uczuciem też jest mi dobrze
i tylko jeszcze czasem przychodzą takie wietrzne wieczory i noce, że chce mi się uciec, biec, szukać, wyć, walczyć...
ale zawsze potem przychodzi nowy, kolejny dzień
i dobrze.

skomentuj (1)

Księga Gości